Paul Johnson

Paul Johnson zerka na monitor, na obrazy ze znajdującej się trzy kilometry niżej bezkresnej pustki dna północnego Pacyfiku. Ten ekran jest jego iluminatorem dzięki zdalnemu oku podmorskiego robota Jasona umocowanego na końcu naszpikowanej przewodami elektrycznymi i światłowodami liny, zwisającej ze statku badawczego Thomas G. Thompson. Z rękami założonymi na piersi Johnson spogląda na technika kierującego pracą robota z fotela w sterowni statku. Cała załoga już od 13tu godzin odbywa wirtualną wędrówkę po bezkresach dna oceanu, ale teraz Johnson nie chce zrezygnować ze zbliżających się emocji. Dzieli ich już tylko 30 min od wprowadzenia do otworu w dnie prawie dwumetrowego węża pompy, zanim zostanie ona uruchomiona. Na bladym obrazie monitora Johnson widzi ponad otworem wodę migoczącą gorącymi odblaskami to dobywające się spod dna strumienie, Johnson zaś wierzy, że coś w nich żyje... lub kiedyś żyło. Operator oddycha głęboko, pociąga łyk kawy i przekręca główkę dżojstika na migającej lampkami tablicy rozdzielczej. Z robota wysuwa się czteropalczasta aluminiowa ręka i zmierza w kierunku węża o średnicy około 1.7 cm, takiej samej jak każdy z jej czterech palców. Pochwycenie go może wydawać się łatwe, ale dla pilota operującego z odległości paru kilometrów, nie potrafiącego właściwie ocenić głębi przestrzennej obrazu i nie dysponującego zmysłem dotyku, jest to nie lada zadanie.